sobota, 19 maja 2018

Opowieści mojej Babci - cz. III

O tym jak to się stało, że  obiekt pożądania wszystkich panienek z DKR
dostrzegł Babcię- nie mam pojęcia.
Z okresu ich  narzeczeństwa Babcia opowiadała tylko jedną historię-pewnego
dnia na  jej twarzy ukazały się pęcherze, które w kilka godzin pokryły całą niemal
buzię, część z nich pękała i krwawiła.
Oczywiście zamiast do pracy Babcia trafiła tego dnia do lekarza, który stwierdził,
że to jest "psi liszaj", i zapytał czy w domu jest pies.
No fakt, był w domu pies, prześliczny owczarek niemiecki o imieniu Lord.
I bardzo możliwe, że pies ją polizał, ale nie był to pierwszy raz, psisko było
w domu od kilkutygodniowego szczeniaka, był wciąż tulony, głaskany. Jak każdy
ulubieniec rodziny.
Lekarz wypisał receptę na sporządzenie w aptece odpowiedniego smarowidła,
nakazał smarowanie twarzy kilka razy dziennie tym smarowidłem i zapewnił,
że w ciągu tygodnia powinno się wszystko wygoić i nie będzie blizn.
Gdy Dziadek zorientował się w biurze, że jego sympatii nie ma w pracy.bardzo
się  zaniepokoił.
Po zakończeniu pracy przyszedł do mieszkania Babci, by się dowiedzieć  co się
stało. Młodsza siostra Babci wyjaśniła, że niestety jego sympatia jest bardzo
chora, ma zmasakrowaną buzię i leży z okładami na twarzy i zapewne przez
najbliższy tydzień nie będzie mogła chodzić do pracy.
Pomimo próśb nie  został wpuszczony do pokoju  Babci, która wyglądała  ponoć
tragicznie - smarowidło było dość gęstą białą papką i całkiem niezle trzymało
się na twarzy, która wyglądała teraz jak niezbyt udana maska pośmiertna.
Przez cały tydzień Dziadek po pracy przychodził do domu Babci, wypijał z jej
młodszą siostrą herbatę i wciąż łudził się, że następnego dnia ujrzy swą sympatię.
Smarowidło w końcu jakoś zaczęło działać, nie tworzyły się już nowe pęcherze,
a stare przysychały i odpadały. Po długich dziesięciu dniach Babcia wreszcie się
pokazała. Z tej wielkiej radości Dziadek zapytał się Babci, czy i kiedy może
przyjść do  jej rodziców i poprosić o jej rękę.
Babcia , zamiast odpowiedzieć zapytała  "a czy nie sądzisz, że to mnie się wpierw
powinieneś zapytać o to, czy zechcę być Twą żoną?"
Zupełnie zbity z tropu Dziadek padł na oba kolana i klęcząc jak  w kościele
zapytał, czy zgodzi się  zostać jego żoną. I w tej pozycji zastali go rodzice Babci.
Ślub ustalono na marzec 1916 roku. Nie wiadomo dlaczego, ale wszyscy łudzili
się, że wraz z końcem 1915 roku skończy się i wojna.
I tak w marcu 1916 roku moi Dziadkowie wzięli ślub.
Wojna  nadal trwała, Babcia  brała ślub w niedzielnej kreacji, nie było wesela tylko
wspólny, skromny obiad  dla najbliższych, których i bez gości było sporo.
Dwaj starsi bracia Babci byli na wojnie, rodzice i siostry  Dziadka nie wiedzieli
nic o jego ślubie, mieszkali  wszak w innym zaborze.
I tak się radość mieszała ze smutkiem.
Młodzi zamieszkali w mieszkaniu rodziców Babci.
W czasie tej wojny w dość złośliwy sposób spełniło się marzenie mojego
Pradziadka.
Jak mówiła Babcia, jej  ojciec bardzo dużo czytał i to nie tylko beletrystykę.
Czasem stawał w drzwiach balkonowych i snuł na głos marzenia - najczęściej
 mawiał: "byłoby  świetnie, gdyby ludzie wymyślili maszynę cięższą od powietrza,
która unosiłaby się w powietrzu, tak jak statek unosi się na wodzie."
No i wymyślili ludzie tę maszynę , która pewnego dnia nadleciała nad lwowski
dworzec kolejowy i zbombardowała kilka stojących tam pociągów i budynków.
"Trzeba uważać o czym się marzy bo nie każde marzenie jest dobre"- mówiła
Babcia.
Z chwilą wyjścia za mąż  Babcia przestała pracować. A Dziadek promieniał,
bo wreszcie miał rodzinę, której mu chyba brakowało. Bo Dziadek od  14 roku
życia mieszkał wpierw na stancji w Poznaniu a potem wyjechał na studia do
Wiednia. A z Wiednia, tuż przed wybuchem wojny trafił do Lwowa.
W niecały rok po ślubie na świat przyszła córeczka - siostra mego ojca. Wszyscy
piali z zachwytu, łącznie z psem, który stał się najczujniejszą niańką.
Każde stęknięcie lub pisk małej podrywał psa  na cztery łapy i biegł po Babcię.
Dziadek, który  był niesamowicie zdolnym człowiekiem konstruował dla małej
księżniczki  różne zabawki - dziecko jeszcze nie umiało chodzić a już miało
domek dla  lalek z pełnym umeblowaniem.
Dziadek bardzo lubił swych teściów i dla nich też wciąż robił jakieś drobiazgi.
Nadal nie miał żadnych wiadomości z domu.
Z ulgą wszyscy przyjęli zakończenie wojny i zjednoczenie trzech zaborów
w jedno państwo.
Dziadek postanowił pojechać do swoich rodziców, by ich poinformować, że
się ożenił i ma  dziecko. Rodzice i siostry przenieśli się jeszcze podczas jego
studiów z jego rodzinnego Stęszewa  do Żnina.
Żegnany  Babcinymi łzami pojechał w drugi koniec Polski.
Swych teściów i trzy siostry Dziadka  Babcia poznała  w 1919 roku- dziecko
miało już  2 lata, więc postanowiono pojechać do Żnina.
Rodzina Dziadka przyjęła Babcię wielce serdecznie, ale trzy  dni po przyjezdzie
dziecko zachorowało - mała dostała silnej biegunki.Wezwany lekarz rozkładał
bezradnie ręce, kazał (ku przerażeniu Babci) podawać  małej zimną, przegotowaną
wodę przez 24 godziny a potem wodę z gotowania kartofli.
Biegunka ustąpiła, wszyscy odetchnęli z ulgą i wtedy jedna z sióstr Dziadka
powiedziała: "całe szczęście, że mała wyzdrowiała, bo już się martwiłam czy
dostaniemy  taka małą trumienkę".
Babcię zamurowało, odwróciła się na pięcie i poszła pakować rzeczy mówiąc po
drodze : "szybko to ja tu z dzieckiem drugi raz nie przyjadę".
I faktycznie  - nie tylko, że nie przyjechała szybko- nie pojechała tam już nigdy.
Pamiętam, że dziadek jezdził do Żnina przynajmniej raz do roku, ale zawsze
sam. I nigdy nie pozwoliła bym ja tam pojechała z Dziadkiem.
Od samego początku Babcia zawsze opowiadała o Lwowie -  którędy chodziła
do szkoły, dokąd nie wolno  było dzieciom chodzić, gdzie była ulubiona piekarnia
a gdzie ulubiona cukiernia. Opowiadała też o pewnej wróżce, która znajomemu
krawcowi wywróżyła śmierć podczas podróży. Krawiec bardzo się zmartwił
tą przepowiednią i całymi latami nigdzie nie wyjeżdżał ze Lwowa. Ale pewnego
dnia musiał udać się w drugi koniec miasta, więc  zamówił dorożkę.
Gdy wysiadał z niej wpadł pod koła innej dorożki i zginął.
Morał: "czasami trzeba wierzyć nawet w dziwne przepowiednie bo niektórzy
wiedzą więcej od nas".
Gdy mała "księżniczka" miała trzy lata  urodziło się drugie dziecko - mój ojciec.
Cud chyba sprawił, że nie zginął  w dniu, w którym przyszedł na świat. W kilka
godzin  po porodzie zaprowadzono księżniczkę do pokoju, gdzie w łóżeczku
leżał noworodek. Popatrz, powiedział dumny Dziadek- to jest  córeczko twój
braciszek, zobacz jaki śliczny.
 Księżniczka bez słowa podeszła krok bliżej i  z całych swych sił  piżgnęła
w brata swym dużym, wypchanym trocinami misiem i uciekła.
W dwa lata pózniej przygrzmociła bratu łopatką w głowę. I takie układy
pomiędzy rodzeństwem były aż do końca.
Babcia nigdy nie mogła zrozumieć dlaczego jej dzieci z trudem się wzajemnie
tolerowały, bo serdeczności nigdy między nimi nie było.
W 1928 roku Dziadek dostał bardzo  dobrą posadę w Warszawie, więc Babcia
musiała opuścić swoje  ukochane  miasto.
Nie dość, że zamieszkała w zupełnie obcym dla niej mieście, to została tu sama,
z dala od  rodziny, z którą przecież mieszkała jeszcze po ślubie.
Tęskniła za Lwowem, za rodziną i chyba nigdy nie pokochała Warszawy.
Była jeszcze tylko raz we Lwowie, na pogrzebie  swej matki, w 1930 roku. To
był smutny rok- Prababcia zmarła na początku roku, a w listopadzie-Pradziadek.
Gdy już można było pojechać do Lwowa na wycieczkę - nie chciała.
Stwierdziła, że woli pamiętać taki Lwów jakim  go znała - "przecież mnie by
serce pękło oglądając Lwów po rosyjskich rządach" -mówiła.
I chyba miała rację.
                                                       KONIEC

piątek, 18 maja 2018

Opowieści mojej Babci- cz.II

Moja Babcia  w szkole powszechnej była bardzo pilną uczennicą -  a jej
ulubionym przedmiotem była.....  kaligrafia.
Pisała naprawdę  śliczniutko - wszystkie literki były równe, pochylone pod
tym samym kątem, a duże litery miały ozdobne, niewielkie "zawijaski".
Oczywiście takie pisanie zajmowało strasznie dużo czasu, a Babcia pisała
w ten sposób wszystko - listy, etykietki na słoiki z przetworami, a nawet swe
zapiski w  "zeszycie  rachunkowym".
Bo moja Babcia skrupulatną istotą była i zapisywała wszystko co zakupiła notując
oczywiście ile czego nabyła i ile zapłaciła.
Opowieści  Babci w dużej mierze dotyczyły życia codziennego w tak  dużej
rodzinie.
Mój Pradziadek Michał krezusem nie był- miał wykształcenie techniczne i był
"maszynomistrzem"- cokolwiek to  znaczy.
 A tak konkretnie miał, między innymi, uprawnienia do prowadzenia parowozu ,
a pracował jako kierownik pociągu, co podobno było wielce odpowiedzialnym
stanowiskiem. A swą wielce odpowiedzialną funkcję sprawował "w białych
rękawiczkach, których było kilka par i zawsze musiały być śnieżno białe i gotowe
do założenia", jak mówiła Babcia.
Teraz możecie się pośmiać- w mojej dziecięcej wyobrazni były do białe, męskie
rękawice ....z jednym palcem. Wtedy właśnie takie były dziecięce rękawiczki.
Pradziadek był jednym słowem ważną osobą, z tym, że zarobki na kolei nigdy
pracowników nie rozpieszczały.
Nie mniej Pradziadków było stać na duże mieszkanie w dobrej dzielnicy, jak
i na przychodzącą raz w tygodniu praczkę, raz na dwa tygodnie przychodziła
szwaczka i reperowała  to co się popruło, podarło, lub wymagało podłużenia
i mieli przez kilka godzin dziennie pomoc domową do cięższych prac.
Przy takiej ilości dzieci nie stać ich było na prywatną szkołę podstawową i dzieci
chodziły do "powszechnej podstawówki".
I w tejże szkole moja Babcia uczyła się języka polskiego i ukraińskiego,
wspomnianej już kaligrafii, obowiązkowo religii, kładziono też duży nacisk na
wychowanie fizyczne. WF to był drugi po kaligrafii uwielbiany przez Babcię
przedmiot.
"Bo na gimnastyce lataliśmy na trapezie"- opowiadała Babcia -i zabijcie mnie, do
dziś nie rozwiązałam  zagadki tego latania na trapezie, chociaż Babcia usiłowała mi
to wytłumaczyć rysując, a wyglądało to tak : na środku sufitu bardzo wysokiej sali
gimnastycznej był wbity mocny hak, do niego przymocowane kółko, z którego
zwisały pasy zakończone uprzężą. Każde dziecko zakładało tę uprząż, dzieci stawały
w kole, którego obwód wyznaczały naprężone pasy i na dany znak zaczynały bardzo
szybko biec po obwodzie koła do przodu. I wtedy, przy odpowiedniej szybkości,
zaczynało się latanie, tak uwielbiane przez moją Babcię.
Poza tym "lataniem" było sporo gimnastyki "szwedzkiej", ogólnorozwojowej, bardzo
zbliżonej do dzisiejszych ćwiczeń rehabilitacyjnych dla skoliotyków.
W tamtych czasach każda osoba płci żeńskiej z tzw. "dobrego domu" chodziła na
lekcje tańca, ale tu Babcia nie osiągnęła wielkich sukcesów, zwłaszcza w walcu
wiedeńskim. Ruch wirowy wywoływał u niej b.szybko silny zawrót głowy i babcia,
"o zgrozo!" lądowała na podłodze. Podobno jako dziecko chorowała na zapalenie
błędnika  i zawsze miała kłopoty z utrzymaniem równowagi.
Niełatwe było życie panienek "z dobrego domu" -nie dość, że musiały się uczyć
tańca towarzyskiego i przestrzegania  etykiety, to musiały również odpowiednio
wyglądać. Do dobrego tonu należało również noszenie kolczyków co wiązało się
z przekłuciem uszu.
Ale moja Babcia wcale a wcale nie chciała mieć przekłutych uszu, no ale wiadomo-
dorośli wiedzą lepiej co jest dobre dla dziecka, więc pewnego dnia do domu
zawitała specjalistka od przekłuwania uszu.
Z zaskoczenia, podstępem, udało jej się przekłuć jedno Babcine ucho i założyć
w ranę kolczyk- złote serduszko z małym  turkusikiem. Gdy podprowadzono Babcię
do lustra, by obejrzała jaki ma piękny kolczyk, ta wyrwała się swym "oprawcom"
i umknęła do toalety, starannie zamykając drzwi na  zasuwkę.
Pertraktacje z małą uciekinierką trwały bardzo długo, w końcu przekonano ją, że
z jednym kolczykiem będzie wyglądała głupio i koleżanki będą się  z niej śmiać
i wśród rzęsistego płaczu delikwentki przekłuto drugie ucho i założono drugi kolczyk.
Gdy już uszy się wygoiły i pozwolono jej zdjąć te złote  kolczyki , Babcia ukryła je
bardo starannie i tak skutecznie, że odnalazła je dopiero w kilkanaście lat po swoim
ślubie, gdy przenosiła się wraz z mężem i dziećmi do Warszawy.
I gdy moja matka , w ramach matczynej troski chciała mi przekłuć uszy - Babcia
zabroniła, za co  zawsze byłam jej wdzięczna. Nigdy nie  byłam wielbicielką
przekłutych uszu, tatuaży czy też piercingu .
Niedługo cieszyła się  Babcia statusem najmłodszej w rodzinie - w dwa lata pózniej
na świat przyszła jej kolejna siostra i zapewne w trakcie porodu, który oczywiście
odbywał się w domu, była wraz ze starszym rodzeństwem w kościele,wszak trzeba
było modlić się, by wyżyła mama i kolejne dziecko.
Ostatnie dziecko Pradziadków przyszło na świat w 1907 roku.
Pradziadek Michał podobno bardzo kochał swą żonę, która była od niego młodsza
o 15 lat. Doceniał  fakt, że zgodziła się  zostać jego żoną,  chociaż był wdowcem
i  "w posagu" wnosił dziecko, dziewczynkę, której wychowaniem musiała się
zająć.
Ilekroć Prababcia była w ciąży, w rodzinie  zastanawiano się nad wyborem imienia
dla kolejnego dziecka, ale Pradziadek Michał upierał się, że dziecko powinno nosić
imię patrona dnia, w którym się  urodziło.
W końcu ustalono, że drugim imieniem każdego dziecka będzie imię patrona jego
dnia urodzin. Tym sposobem moja Babcia miała na drugie imię Feliksa.
Po ukończeniu szkoły Babcia została zatrudniona w kancelarii "Dyrekcji Kółek
Rolniczych".
Miała wielce odpowiedzialne stanowisko - musiała sprawdzać, czy na każdy list,
który wpłynął do  DKR została wysłana odpowiedz. Do pracy Babcia trafiła
zaraz na początku pierwszej wojny światowej. W tym czasie do DKR we Lwowie
zostali dokooptowani pracownicy DKR z Wiednia, a wśród nich pewien bardzo
przystojny młodzian, który właśnie awansował na stanowisko dyrektora handlowego.
Ów młody człowiek ogromnie poruszył wyobrażnię wszystkich młodych  kobiet-
to były czasy, gdy w biurze pracowały albo bardzo młode istoty jak Babcia, albo
panie już mocno dojrzałe.
I moja Babcia wpadła w oko temu młodemu przystojniakowi.Przystojniak dobiegał
trzydziestki, był kawalerem,  miał ukończone studia  ekonomiczne w Wiedniu.
Pochodził z innego  zaboru,  ze Stęszewa pod Poznaniem.
Bez wątpienia był dobrym kandydatem na męża.
                                               c.d.n.


środa, 2 maja 2018

Opowieści mojej Babci

Część moich miłych gości wie, że wychowała mnie Babcia, mama mego ojca.
Nim trafiłam do Babci na stałe, byłam żywym pakunkiem, przerzucanym raz po raz
pomiędzy moją matką a matką mego ojca.
I wreszcie, gdy już byłam w słusznym wieku czterech lat, zamieszkałam u Babci na
stałe.
Do dziś pamiętam ten dzień gdy sama pakowałam swoje rzeczy i gdy przez Wisłę
jechałam z dziadkiem na Mokotów- moją Wyspę Szczęścia.
Babcia nie należała do tych  babć, która rozpieszczały dzieci. W domu obowiązywały
pewne żelazne zasady i hodowana byłam tak samo jak mój ojciec i jego siostra.
Jedną z zasad było między innymi i to, że ani babcia ani dziadek nie opowiadali  mi
bajek- zapewne wychodzili z założenia, że skoro ktoś włożył wysiłek w wymyślenie
bajek i to zostało wydrukowane, to trzeba  z tego korzystać i dziecku książki
czytać.
Cały problem polegał głównie na tym, że czasy były tuż po  wojnie, piękne
mieszkanie dziadków , które ocalało, było dokumentnie okradzione, pozostało tylko
niewiele książek w piwnicy. A wśród nich Mity Greckie i one były bajkami mojego
dzieciństwa.
Kolejnymi "bajkami" były libretta oper i operetek, zawierające także teksty arii.
Przy okazji poznawałam muzykę, bo Babcia, której  dziecięcym niespełnionym     
marzeniem było zostanie  śpiewaczką, uczyła mnie śpiewania  operetkowych arii.
A opowieści mojej  Babci dotyczyły głównie  Jej dzieciństwa i dość wczesnej młodości
i bardzo, bardzo  lubiłam słuchać tych opowieści.
To był zupełnie inny świat.
Moja Babcia urodziła się w 1894 roku we Lwowie, jako piąte z kolei dziecko.
Pomiędzy nią a najstarszym z rodzeństwa  bratem było 16 lat różnicy, a pomiędzy Nią  a
najmłodszym dzieckiem Pradziadków było 13 lat różnicy. Jak łatwo policzyć, pomiędzy
najstarszym z dzieci a najmłodszym różnica wynosiła 29 lat. Całe pokolenie!
Ogólnie rzecz biorąc  rodzice Babci spłodzili jedenaścioro dzieci. Zawsze wydawało mi
się to dziwne, nawet gdy okazało się, że do wieku dorosłego wyżyło ich tylko sześcioro-
dla mnie to i tak była jakaś  niewyobrażalna  wprost ilość dzieci.
Pamiętam jak Babcia wymieniała po kolei ich imiona,jednocześnie pokazując mi na
palcach ilość i jak pociągnęła mnie za jeden palec, bo już  Jej własnych nie starczyło.
I wtedy dowiedziałam się, że dzieci umierają - czasem zaraz po urodzeniu, czasem nieco
pózniej, tak jak Stefa, która umarła mając 14 lat.
Umarła po prostu na gruzlicę. Proste, bo wtedy wiele dzieci na nią chorowało.
Ilekroć moja Prababcia Julia rodziła kolejne  dziecko , wszystkie dzieciaki biegły do
kościoła  modlić się o to, by ich mama nie zmarła przy porodzie i by dziecko żyło.
Niestety te dziecięce modlitwy nie zawsze skutkowały.
O tym wszystkim Babcia opowiadała bez emocji co sprawiło, że dla mnie, kilkulatki,
wszystko to było takie naturalne- dziecko się rodzi (nie przynosi go bocian), może
żyć, a może również zaraz umrzeć, albo za jakiś czas, bo choruje.
"Bo tak wygląda ludzkie życie- rodzimy się, jakiś czas żyjemy i potem umieramy, to
 jest  naprawdę normalne"  - zapewniała mnie  Babcia.
W miarę jak rosłam i coraz więcej  spraw rozumiałam, uważałam swoją Prababcię
Julię za bohaterkę.
Pomyślcie- urodziła jedenaścioro dzieci, część rok po roku, do tego wychowywała
dziecko swego męża , który był wdowcem.
Przeżyła szóstka dzieci, trzech synów, trzy córki. Synowie otrzymali wyższe
wykształcenie, córki wykształcenie średnie. Jedna z nich, moja ukochana ciocia,
ukończyła Seminarium Nauczycielskie, dwie- szkołę ekonomiczną- odpowiednik
współczesnego liceum ekonomicznego.
                                                           ciąg dalszy nastąpi



czwartek, 1 marca 2018

Synuś

Pewnego jeszcze zimowego dnia urodził się Synuś. Miał czarną, dość gęstą
jak na noworodka czuprynkę i ciemne oczka.
Rodzice Synusia byli zachwyceni, z tym, że mamę najbardziej zachwycał fakt,
że wreszcie będzie mogła pozbyć się ciążowej garderoby.
Była zdecydowana - jedno dziecko, dla przyzwoitości i zatkania rodzinie ust,
z których przez kilka pierwszych lat po ślubie wciąż padało pytanie:
 "no a kiedy będzie dzidziuś?".
Mama  Synusia była zdecydowana - ani pół dziecka więcej!!!
Synuś już od chwili powrotu ze szpitala położniczego z całych sił, na swój
własny sposób dbał o to, aby przypadkiem nie pojawił się w rodzinie jakiś
konkurent do serc mamy i taty.
Synusiowi wyraznie pomyliły się pory doby - niczym suseł przesypiał
cały dzień, a wieczór i noc uznał za porę czuwania.
 Poza tym za nic w  świecie nie chciał ssać- ani z piersi ani  przez smoczek
z butelki.
 Był chyba  jednym z nielicznych noworodków które były karmione łyżeczką
od pierwszych dni życia.
Zamiana pór snu i czuwania i ciągłe pojenie Synusia łyżeczką sprawiły, że
jego mama zaraz po ustawowym urlopie macierzyńskim z ulgą wróciła do
pracy, a dziecko udało się jej umieścić w żłobku.
Nic to, że szefowa była nieco wredna, nic to, że pracy było sporo a pensja
nie oszałamiała swą wysokością - osiem godzin w pracy plus dwie godziny
na dojazd i powrót dawały dziesięć godzin dziennie bez słuchania płaczu
Synusia. Bo Synuś darł się z  wielu powodów - uzasadnionych jak mokra
pielucha lub głód, z nudów,  z tego, że w dzień go co chwilę budzono
w złudnej nadziei, że uda się wreszcie go przestawić  na inne godziny snu
oraz wieczorem gdy go zostawiano samego w niemal  ciemnym pokoju.
W żłobku Synuś był nawet lubianym dzieckiem, bo dużo spał a patent
z zastosowaniem smoczka o bardzo dużym otworze zastąpił pojenie go
łyżeczką.
Po zaliczeniu żłobka przyszła kolej na przedszkole. Zarzucano  Synusiowi,
że najchętniej bawi się sam,  nie chce brać udziału w ogólnej zabawie,
ale tak ogólnie był dość grzecznym dzieckiem.
Miał dziwną pasję zbierania z ulicy wszystkiego co go zaciekawiło i
chowania tego do kieszeni.Tłumaczył wszystkim,że były to skarby a wśród
nich zdarzały się również zgubione przez innych monety, guziki, czasem
jakieś  małe pudełka. Asortyment znalezisk rozszerzył się bardzo, gdy
Synuś zaczął przeszukiwać również osiedlowe trawniki i okolice sklepów.
Matka i ojciec dzień w dzień rewidowali kieszenie Synusia, za każdym
razem z wielką cierpliwością tłumacząc Synusiowi, że nie powinien
niczego zbierać z chodnika.
Synuś, z racji zawodu swego ojca, dość wcześnie zetknął się z informatyką.
Jeszcze w podstawówce umiał ułożyć  jakiś prosty  program komputerowy.
Ale Synuś miał jeden  feler - dzień bez kłamstwa był dniem straconym.
Poza tym stał się wielkim amatorem zakładów - zakładał się z kolegami
niemal o wszystko. Pewnego dnia założył się z kolegami (był wtedy w III
klasie), że wyskoczy z okna klasy na pierwszym piętrze i nic mu się nie
stanie. Oczywiście nie był to "zakład o pietruszkę"- w grę wchodziły
pieniądze.
Gdy Synuś juz stał na parapecie otwartego okna do klasy wparowała pani
dyrektorka i przerwała tę miłą rozrywkę. Po prostu jedna z dziewczynek gdy
usłyszała, że Synuś chce wyskoczyć z okna, czym prędzej pobiegła do
pokoju nauczycielskiego a tam akurat była p. dyrektorka.
W czasie gdy  dyrektorka ściągała Synusia z okna i tłumaczyła dzieciom,
że  nie wolno robić  żadnych zakładów, wychowawczyni telefonowała do
pracy jego mamy, by ta natychmiast przyjechała do szkoły.
Synuś został skierowany do psychologa szkolnego - opinia brzmiała:bardzo
zdolny, nudzi się w szkole, nie potrafi pracować w zespole, hazardzista,
leniwy, niesystematyczny.
W ostatniej klasie podstawówki Synuś "odkrył", że istnieje coś takiego jak
wyścigi  konne i szybko stał się stałym bywalcem Toru Wyścigów na
Służewcu.
W ostatniej klasie podstawówki Synuś miał 170 cm wzrostu, nie miał
niedowagi i z powodzeniem mógł uchodzić za starszego, niż był.
Szybko wkręcił  się w "towarzystwo wyścigowe" i całe swe kieszonkowe
inwestował w zakłady.
Znał wielu dżokejów, czasem nawet zachodził do stajni, czasem załapał się
na wygraną, częściej jednak przegrywał.
W liceum nie błyszczał, zwłaszcza, że dość sporo wagarował, wreszcie po
wielu awanturach w domu, skończył na trójczynach szkołę, nawet zdał
maturę.
W domu zaczęła się nagonka, by dziecko koniecznie uczyło się dalej, ale
Synuś nie palił się zbytnio do dalszej nauki.
Teoretycznie interesowała go informatyka, ale nie zdał egzaminu na
Politechnikę.
Bardzo mu to pasowało -zabrakło mu tylko 5 punktów, więc ogłosił, że
przez najbliższy rok przygotuje się do zdawania w roku następnym.
Było mu świetnie - mógł wreszcie żyć swym ulubionym rytmem - nocą
się rzekomo uczył, w dzień spał.
Następne  podejście do egzaminu na  Politechnikę było równie nieudane.
Wyraznie los się na Synusia "uwziął"- znów mu zabrakło kilku punktów.
Rodzice  Synusia byli bardzo zdterminowani - no jak to?  takie zdolne
dziecko i nie może dostać się na studia???
A był to czas, gdy powstawały jak grzyby po deszczu prywatne uczelnie,
więc po krótkiej naradzie postanowiono, że Synusiowi zafundują studia
na prywatnej uczelni- wprawdzie nie na informatyce, ale na "zarządzaniu".
Taki zdolny chłopak bez trudu przecież zrobi te studia.
Nabór na tę uczelnię był w sierpniu, we wrześniu egzamin, który Synuś
tym razem zdał i został studentem.
Studia na tej uczelni były już dwuetapowe- po 3 latach licencjat, potem
jeszcze dwa lata, egzamin końcowy i praca magisterska.
Synuś był zachwycony, bo zajęcia były zawsze od  godziny 16,00, więc
mógł dalej prowadzić swe tajemne życie nocne.
A prowadził je głównie we własnym pokoju - z domu wychodził rzadko,
głównie chodził dwa razy w tygodniu na jakiś sport - na koszykówkę
i basen.
Przyszedł wreszcie czas na napisanie pracy licencjackiej - Synuś pisał
i pisał, a pisał tak długo, że w końcu minął termin oddania pracy.
Jakoś biedak nie skojarzył, że przekroczenie o rok terminu oddania pracy
powodowało, że trzeba było zmienić jej temat, czyli pisać od nowa. I znów
trzeba było znalezć promotora, uzgadniać temat, pisać nowe założenia.
Mało tego - władze uczelni zażyczyły sobie, by taki opieszały student
powtarzał trzeci rok studiów i znów  składał końcowy egazmin- oczywiście
nie za darmo to powtarzanie roku.
Parcie  rodziców Synusia na to, by dziecię jednak miało wyższe
wykształcenie było ogromne - pożegnali się z planem zakupu samochodu,
inwestując  w Synusiowe studia.
Duma rodziny powtarzała ten trzeci rok studiów,ba, nawet napisała pracę
licencjacką i nawet ją obroniła.
I na tym edukacja Synusia stanęła w martwym punkcie, bo odkrył, że
zarządzanie nie jest jednak jego powołaniem, więc nie ma sensu by robił
z owego zarządzania  magisterkę.
Synuś zaczął nawet szukać pracy, ale jego oczekiwania względem pracy
a oczekiwania pracodawców zupełnie się nie pokrywały.
Synusiowi się marzyło wynagrodznie powyżej średniej krajowej, własny
pokój, komputer służbowy, zero nadgodzin, zero odpowiedzialności
finansowej i najlepiej elastyczny czas pracy.
Synuś do dziś nigdzie nie pracuje  i jest na utrzymaniu swych rodziców, 
którzy są już na emeryturze.
W tym miesiącu słodki Synuś skończy czterdzieści cztery lata.
                                         KONIEC




niedziela, 4 lutego 2018

Michalina -cz.X

Ach, co to był za ślub!!!
Panna Młoda calutki czas miała oczy w  bardzo mokrym miejscu- ze wzruszenia.
Bo od chwili przyjazdu każdy z rodziny Michała starał się okazać jej, że jest
nowym, ale bardzo pożądanym członkiem  rodziny. Rodzice Michała zwracali się
do niej per córeczko, a jej serduszko topniało i łzy napływały do oczu.
Ze strony Michaliny były tylko dwie osoby- babcia i  matka. Tatuńcio stwierdził,
że i bez niego udzielą córce ślubu, a on zle się czuje. Owo złe samopoczucie to
były jakieś rozgrywki szachowe, w których brał udział i  były dla niego ważniejsze
niż ślub jedynego dziecka.
Babcia skwitowała to jednym zdaniem- "nie zdawałam sobie  sprawy, że urodziłam
potwora, może lepiej, że nie jedzie".
I choć był to ślub "tylko cywilny" było uroczyście i bardzo miło.
Gdy nowożeńcy wychodzili z sali ślubów rozległy się dzwięki marsza weselnego,
a w przyległej salce czekał na gości szampan  i fotograf.
Dzień był nieco chłodny, ale bardzo słoneczny i bardzo przydała się cieplutka
narzutka, którą wydziergała na drutach jedna z kuzynek Michała.
Po szampanie i toastach wszyscy pojechali do domu Basi na dość wczesny
obiad.
Michalina z wrażenia ledwie co mogła przełknąć i niewiele brakowało by babcia
zaczęła ją karmić. Zamiast tego szepnęła Michalinie na ucho, że musi się wziąć
w garść i jeść,bo przecież Basia  się narobiła i będzie jej przykro gdy włożony
trud pójdzie na marne.  Jedyny toast wygłosił tata Michała - życzył młodym by
zgodnie,  z głową, pokonywali wszystkie trudności , które napotkają na swej
drodze życiowej. Bo tych niestety nigdy nie brak.
Po południu Stefan odwiózł "dwa Michały" do Raciąskiego Młyna. Basia zaś
dodała do ich bagażu ciasto , sporo słodyczy i dwie butelki wina.
Pogoda stanęła na wysokości zadania. Z co zabawniejszych rzeczy- sporo czasu
spędzali na huśtawkach- po raz pierwszy  oboje widzieli huśtawki dla dorosłych.
Udało im się jeszcze raz skorzystać z kajaków- sezon się kończył i kajaki były
wywożone do konserwacji- tu nie było gdzie ich przechować przez zimę.
Gdy po kilkunastu latach zapragnęli znów spędzić urlop w Raciąskim Młynie
to okazało się, że dawnego wczasowiska już nie ma - cały ośrodek przystosował
swe kwatery do przyjmowania dzieci  na "Zielone Szkoły".
Małżeństwo Michaliny przebiegało bez większych problemów, no może poza
okresem, gdy Michał pojechał na dwa lata na stypendium do USA.
Michalinie był dość ciężko bez niego, tym bardziej, że Michał przebąkiwał, że
najchętniej pozostałby w tym kraju na stałe i z czasem sprowadziłby ją i
synka.
W wyobrazni Michalina widziała u jego boku inną kobietę, co może nawet było
prawdą.
Po ponad roku nieobecności  Michała stwierdziła z przerażeniem że będzie się
umiała pogodzić z tym, że być może on zniknie z jej życia.
Napisała mu o tym i Michałowi natychmiast wyparowała z głowy chęć pozostania
w USA, nie wiadomo jak jeszcze długo, bez niej i dziecka.
Z wielkim smutkiem Michalina pożegnała swą babcię, która odeszła dożywszy  90
lat.
W kilka lat pózniej dość niespodziewania zmarła jej matka, która ukrywała swą
chorobę przed wszystkimi - przed sobą również.
Gdy trafiła do szpitala jedyne co mogli zrobić lekarze to podawać środki
przeciwbólowe i dziwić się, że nie zgłosiła się kilka lat wcześniej.
Ojciec Michaliny ostatni swój rok życia spędził w specjalistycznej placówce -
odszedł zapewne nie zdając sobie sprawy gdzie jest i dlaczego. Do samego
końca nie interesował się Michaliną.
Podobno ożenił się, z jej matką z przyzwoitości a nie z miłości, skutkami swej
"przyzwoitej decyzji" obciążając Michalinę.
Jak twierdzi Michalina, geny to okropna rzecz- jej syn to pod wieloma względami
"wykapany" dziadek, tylko miłość do zwierząt odziedziczył po swych rodzicach.
                                             KONIEC

piątek, 2 lutego 2018

Mchalina -cz.IX

Doprowadzanie  babcinego mieszkania do stanu używalności szło dość opornie.
Pan "spec" , który podjął się doprowadzenia mieszkania do cywilizowanego
wyglądu pracował tam tylko wieczorami. Namówił babcię, by położyć w łazience
i kuchni tylko białą glazurę, bo pomieszczenia maleńkie-to raz, a dwa - on tylko
 taką może bez problemu załatwić.
Poza tym zasugerował, że gdyby zlikwidować w łazience umywalkę, to w jej
miejsce weszła by bez problemu pralka i to nawet bębnowa, która w tym czasie
była "przebojem", tyle tylko, że trudno osiągalnym.
Ale pan "spec" miał rozliczne znajomości i kontakty, więc przygotuje miejsce
na tę pralkę i pewnie  w ciągu 2 lub 3 miesięcy uda się ją nabyć.
Zaproponował również by w kuchni zamurować otwór okienny, co pozwoli
uzyskać jedną pełną  ścianę na szafki wiszące a pod nimi  będzie można postawić
kuchenny stolik. Szafki kuchenne miały być "na wymiar", z przesuwnymi
drzwiczkami, węższe u dołu, szersze u góry. Ponadto zamienił miejscami
kuchenkę  gazową i zlewozmywak, dzięki czemu powstało dobre miejsce na
lodówkę.

W tym czasie Michał bardzo pracował nad  wdrożeniem projektu pt. "wezmy
ślub  w sierpniu, nie w Warszawie  a w Kwidzynie i na tydzień pojedziemy
wtedy w Bory Tucholskie".
Miał odłożone pieniądze na wynajęcie dla nich jakiegoś pokoju i obiecaną od
rodziców pewną wcale nie małą kwotę.
Jego siostra była zdecydowana wziąć na siebie trud skromnego przyjęcia
weselnego i ponadto przenocować rodziców Michaliny i babcię.
Ale  babcię chcieli koniecznie mieć u siebie rodzice Michała.
I tak to narzeczeni, każde oddzielnie , w tajemnicy przed sobą, snuli własne
plany dotyczące wspólnego życia.

Michał "pękł" pierwszy i przedstawił  Michalinie swój plan. Dziewczyna
spokojnie wysłuchała, powiedziała, że się nad tym zastanowi, bo nie jest
pewna, czy dostanie w zakładzie  bezpłatny urlop i da odpowiedz za kilka dni.
Tego samego dnia opowiedziała wszystko babci i plan Michała nawet się
starszej pani spodobał.
Następnego dnia w pracy zapytała się swego szefa, czy dostanie tydzień
bezpłatnego urlopu w końcu sierpnia lub na początku września bo bierze ślub
poza Warszawą. Szef się wpierw lekko skrzywił, potem zgodził się na wrzesień
i to na całe dwa tygodnie jej nieobecności, razem z dniami przysługującymi jej
"z urzędu". Michalina pracowała szybko i bezbłędnie, nie traciła czasu na różne
pogaduszki, nie przesiadywała w bufecie i nie chodziła na zwolnienia z racji
opieki nad dziećmi, więc szef ją cenił.
Dzień pózniej wracając z pracy wstąpiła do  archiwum USC i pobrała swą
metrykę urodzenia, zgłaszając, że ślub będzie brała poza Warszawą.
Gdy wieczorem zatelefonował do niej Michał, powiedziała że się zgadza i że
ma nawet już swą metrykę, bo dziś był dzień, gdy USC pracował do godz.18,00.
Następnego dnia radosna nowina została przekazana rodzinie - siostra dostała
dodatkowe zadanie - wyciągnięcie  metryki Michała i zarezerwowanie terminu
ślubu zaraz po 1 września.
Rzecz była mało kłopotliwa, bo jej najlepsza przyjaciółka pracowała w Radzie
Narodowej Kwidzyna. Michalina miała swoją metrykę przesłać pocztą do swej
przyszłej szwagierki wraz z prośbą o  zarezerwowanie terminu na dzień zgodny
z terminem podanym przez Michała.

W dwa tygodnie pózniej, Michalina i babcia pokazały Michałowi mieszkanie,
ciągle jeszcze nie umeblowane. Ale babcia, która nie nawykła do kłamstwa,
powiedziała Michałowi, że to jest właśnie jej mieszkanie i ona będzie im je
wynajmować po atrakcyjnej cenie w stosunku do tych, które funkcjonują na
rynku mieszkaniowym.Tylko rodzice Michaliny nie mogą wiedzieć, że to
jest mieszkanie babci.
Michał był nieco oszołomiony tymi wiadomościami i bardzo wzruszony.
Stwierdził, że w takim razie on w najbliższą sobotę pojedzie do domu, zawiezie
przy okazji dokumenty Michaliny, opowie wszystko rodzicom i weżmie od
nich pieniądze, bo trzeba będzie jednak kupić nieco mebli.

Pewnego dnia, wieczorem zatelefonowała do Michaliny  siostra Michała.
Wpierw wyraziła swą radość z faktu, że niedługo będą prawdziwą rodziną,
potem dopytywała się, czy Michalina ma jakieś sugestie  co do obiadu
weselnego a na końcu powiedziała, że ma dla Michaliny sukienkę, w której
Michalina będzie z pewnością wyglądać ślicznie , bo to bardzo stylowa
sukienka. A ona, wraz z mężem przyjadą do Warszawy bo tu mają odbiór
samochodu, tego co to miał być jeszcze  przed  świętami Bożego Narodzenia.
No i przywiezie ze sobą sukienkę, żeby Michalina  ją przymierzyła.
Twierdziła, że gdy ją tylko zobaczyła w Gdyni na wystawie sklepu od razu
oczyma wyobrazni zobaczyła w niej Michalinę. I są do niej też buty i ona je
również przywiezie, bo one są z rypsu w kolorze tej sukienki.I jeżeli
sukienka nie będzie Michalinie się podobać, to nie ma sprawy, bo umówiła
się ze sprzedawczynią, że sukienkę i buty z powrotem  odwiezie. To sklep
prywatny, więc nie ma kłopotu ze zwrotem.
A przyjadą pociągiem i Michał po nich  wyjdzie na dworzec, mają nawet
hotel zarezerwowany.

Sukienka , którą przywiozła Basia bardzo się Michalinie spodobała. Była
skromna, ale jednocześnie elegancka. Miała krótki rękawek, był odcinana
w talii, dół był leciutko rozkloszowany, pasek w talii był wykończony małą
różyczką. Kolor materiału był trudny do określenia  bo bardzo blady róż
mienił się na perłowo. Pantofelki były zrobione z tego samego materiału,
każdy ozdobiony maleńką różyczką, tak jak pasek  sukienki. Obcas był
szpilkowy ale nie za bardzo wysoki.
Sukienka  była  nieco za luzna, bo Michalina była chudziną, ale wprawna ręka
babci mogła bez trudu dopasować sukienkę do obwodu Michaliny.
Michalina chciała natychmiast zwrócić pieniądze za sukienkę, ale tu
spotkała się z ostrym protestem- sukienka, buty i przyjęcie były prezentem
ślubnym dla Michaliny i Michała.
A na Michała czekał garnitur pasujący kolorem do sukienki Michaliny.
Garnitur?- zdziwił się  Michał- przecież mam garnitur! Basia i jej mąż aż się
pokładali ze śmiechu.
Stary, przecież ty masz spodnie  sztruksowe i sztruksową katanę a nie żaden
garnitur. I w czymś takim nikt normalny ślubu nie  bierze, nawet cywilnego!
Dobrze, że tych bzdur nie  słyszy nasza mama, pewnie dostałaby zawału-
śmiejąc się mówiła  Basia.
Kochani, termin ślubu macie zarezerwowany na 3 września. Musicie przyjechać
dzień wcześniej, bo musicie uzupełnić papiery w urzędzie.
A mieszkanie macie załatwione w Raciążskim Młynie. Jest pełne wyżywienie,
100 metrów do jeziora i ze 300 do lasu.
Mieszkać  będziecie  w niegdysiejszej stajni.Odwieziemy was tam samochodem
i potem po was przyjedziemy.

Wieczorem Michalina powiedziała rodzicom, że już mają ustalony termin ślubu
i że ślub odbędzie się  w Kwidzynie, a przyjęcie ślubne w domu siostry Michała
i tam też rodzice będą zakwaterowani.
I co, to będzie kościelny ślub? - spytała matka.
Mamo, a widziałaś by ktoś kto nie był ochrzczony  brał ślub kościelny?
Bo ja jeszcze  czegoś takiego nie widziałam, no ale może przeoczyłam.
A gdzie zamierzacie mieszkać? -wtrącił się ojciec.
Michalina spojrzała z ukosa na ojca- z pewnością nie tutaj. Mam stąd zbyt
daleko do pracy.
To ty pracujesz? - zdziwił się ojciec- i dostajesz może pieniądze? to dlaczego
ja nic o tym nie wiem?
Nie wiesz, bo ja cię nie  nic a nic nie obchodzę. Nawet nie zauważyłeś że się
nie stołuję w domu, że wychodzę rano i wracam póznym popołudniem.
Wiedziałeś, że byłam na kursie ale nawet się nie zapytałeś jak mi idzie i czego
się tam uczę.
Nigdy was nic nie obchodziłam i naprawdę nie wiem po co wam głowę
zawracam swoim ślubem. Jeśli nie macie ochoty to nie musicie wcale tam
jechać.
A co wtedy powiesz swym teściom?- zapytała mama.
Michalina bliska płaczu wycedziła przez zaciśnięte  zęby- po prostu prawdę
powiem.
I wyszła z pokoju pilnując  się by nie wybuchnąć płaczem i nie trzasnąć
drzwiami.Za to rozryczała się na całego w pokoju babci, która długo nie
mogła jej uspokoić.
                                         c.d.n.





czwartek, 1 lutego 2018

MIchalina- cz.VIII

To, że babcia  postanowiła Michalinie udostępnić mieszkanie wcale nie
przyspieszyło sprawy.
Michalina, jako  sprytne stworzenie, poprosiła  babcię, by nie mówić nic a nic
Michałowi, że de facto to mieszkanie jest  babci.
Tłumaczyła, że Michał może się niechcący wygadać przed jej rodzicami i lepiej
będzie gdy ona powie, że to jest  mieszkanie  jakiejś babcinej znajomej.
Na razie to i tak w tym mieszkaniu niczego się nie będzie robiło, bo Michał
ciągnie i studia i pracę, więc trzeba poczekać do wakacji.
Martwiła ją perspektywa spotkania się obu rodzin,  ale i to trzeba będzie pewnie
odłożyć na wakacje.
Michał przychodził teraz regularnie do domu Michaliny w każdą niedzielę, bo
zimowa aura nie  sprzyjała spacerom po mieście.Jakby na to nie spojrzeć, był
teraz "oficjalnym narzeczonym".

W połowie marca rodzice Michała przysłali zaproszenie na święta wielkanocne
dla całej rodziny Michaliny.
Rodzice stanowczo odmówili tłumacząc się innymi planami -podobno mieli
już wykupione w tym terminie wczasy, ale  babcia stwierdziła, że chętnie
z tego zaproszenia skorzysta.
Michalina wystała w Orbisie bilety w obie strony.
A babcia wymogła na Michalinie "wycieczkę" do sklepów by obie nieco
odświeżyły swą  garderobę.
Michał był szczęśliwy, że babcia z nimi pojedzie- wiedział, że babcię to cała
jego rodzina od razu polubi i że z pewnością się wszyscy zaprzyjaznią.

I rzeczywiście- na dworcu już czekał szwagier ( nadal tym starym gruchotem)
i ojciec Michała z młodszym synem- też samochodem, ale znacznie lepszym.
Szwagier zabrał do "gruchota"  młodych, ojciec z wielką atencją usadowił
w swym samochodzie tylko babcię.
Nie wiadomo jak i co się stało,  ale  towarzystwo jadące gruchotem przyjechało
znacznie wcześniej niż drugi samochód. Co prawda tamci wstępowali jeszcze po
drodze po mamę Michała, no ale żeby aż godzinę dłużej jechać 20 kilometrów?
W każdym razie wszyscy troje przyjechali w dobrych humorach i mówili już
sobie po imieniu.
Była pierwsza dekada kwietnia i słońce już chwilami całkiem niezle  grzało
więc w lany poniedziałek pojechali do Grudziądza- obie warszawianki nigdy
nie były w tym mieście, więc tata Michała służył za przewodnika.
Podobno grudziądzka Starówka była pierwowzorem warszawskiej  Starówki,
ale spory na ten temat trwają do dzisiejszego dnia..
Jak zawsze wszystko co miłe szybko się kończy więc i święta minęły szybko.
Najchętniej do Warszawy wracał Michał - podobało mu się to  miasto i sam
się zastanawiał jak mógł dobrze się czuć w tak niewielkim  mieście  jak
Kwidzyń a do tego mieszkając w pewnej odległości od niego.
Gdy Michalina powiedziała, że  z chęcią zamieszkałaby w tamtych okolicach,
a tak naprawdę nawet jeszcze dalej, w rejonie Borów Tucholskich był wielce
zdumiony i oświadczył, że on się z Warszawy na pewno nie wyprowadzi.
Oczywiście, mogą latem lub jesienią  pojechać w Bory Tucholskie, ale nie po to
by tam stale mieszkać.

Na początku czerwca Michalina pomyślnie zdała egzamin z ukończenia kursu.
W kilka dni pózniej dostała pracę w zakładzie podzespołów radiowych.
Dojazd do pracy zajmował jej niemal godzinę, no ale to są uroki mieszkania
w dużym mieście.
Dzień, w którym Michalina otrzymała swe pierwsze wynagrodzenie  za pracę
uświadomił jej, że nieodwołalnie skończyło się dzieciństwo.
Gdy Michał skończył letnią sesję (oczywiście bez problemów) Michalina wpadła
na pomysł, że jako osoba dorosła i pracująca mogłaby się wyprowadzić od
rodziców i zamieszkać w babcinym mieszkanku.
Ale ten plan nie zyskał babcinej  aprobaty - stwierdziła, że ona to mieszkanie
wynajmie dopiero wtedy, gdy młodzi się pobiorą. Zresztą tam trzeba jeszcze wiele
pracy włożyć, by nadawało się do zamieszkania.

W tamtym czasie spółdzielcze mieszkania oddawano  wykończone "pod klucz"-
była armatura w kuchni i łazience oraz  podstawowe wyposażenie jak wanna,
umywalka,  wc a  w kuchni zlewozmywak i kuchenka gazowa.. Co prawda
obecność glazury ograniczała się do jednego rządku tejże  nad wanną, umywalką
i zlewozmywakiem.
Zdaniem babci wpierw należało  zorientować się  co należy zrobić i wykonać od
razu wszystko, gdy mieszkanie jeszcze nie umeblowane, bo potem będzie to bardzo
kłopotliwe- po prostu nie będzie tzw. "pola manewru" w tej ciasnocie.
Pewnej lipcowej niedzieli babcia  wraz z Michaliną  wybrały się do tego nowego
mieszkania. Budynek był typowym warszawskim mrówkowcem. Nie było tu
parteru, ich miejsce zajmowały lokale użytkowe- był między innymi sklep
spożywczy,  punkt napraw drobnego sprzętu AGD a po drugiej stronie budynku
miał być lada moment otwarty jakiś bar. Do jednej z głównych ulic miasta było
około 500m, do drugiej, nieco mniej ważnej chyba 70m.
Budynek miał 11 pięter, na każdym piętrze był 12 mieszkań,  wszystkie identyczne.
Cztery windy pracowicie dowoziły lokatorów do ich mieszkań. A  w holu na dole
był nawet portier i kiosk "Ruchu". Druga połowa budynku była identyczna.

Widok tego maleńkiego mieszkania nieco przeraził Michalinę - no ale 38 m kw.
na dwa pokoje, kuchnię i łazienkę to naprawdę niewiele. Mieszkanie,  w którym
teraz mieszkała miało ok. 75 m kwadratowych.,  ale to był budynek wybudowany
jeszcze przed wojną.
Gdy kręciły się w kółko patrząc co trzeba zrobić, by tu zamieszkać, Michalina
wpadała w coraz gorszy nastrój. Przerażała ją wizja wydatków, które trzeba będzie
ponieść.
 A poza tym już samo zdobycie glazury i różnych materiałów wykończeniowych
 było sporym problemem.
Postanowiły, że wpierw znajdą jakiegoś majstra-budowlańca, który oceni zakres
potrzebnych robót i ewentualnie zrobi wstępny kosztorys.
Postanowiły zapytać portiera, czy nie zna aby kogoś odpowiedniego do podjęcia się
tej pracy.
Portier polecił im jakiegoś "fachowca", nawet sam do niego zatelefonował i umówił
obie panie  za dwa tygodnie- też w niedzielę, ale wieczorem.
Michalina po powrocie do domu długo rozmyślała nad tym nowym mieszkaniem.
Wiadomo, na  bezrybiu i rak ryba, ale mieszkanie w takiej klatce, w mrówkowcu
z widokiem na  dwa inne mrówkowce nie było miłą perspektywą.
I pomyśleć, że na to mieszkanie babcia czekała niemal 7 lat , na domiar złego było
naprawdę drogie i spłacanie jego miało jeszcze potrwać wiele lat. Na szczęście
było to tzw. "mieszkanie własnościowe", więc teoretycznie można było je
z czasem sprzedać- po spłaceniu.
                                                                           c.d.n.